Reklama

Sonda

Jak oceniasz obecną sytuację w polskiej kulturze, patrząc na nią jako widz?








Wyniki

Ostatnio zalogowani

tancerz
kompozytor, instrumentalista
aktor, tancerz, aranżer
aktor, lektor, wokalista
aktor, wokalista
ARTISTAGE! on Facebook

Aktualnie na stronie

Goście: 39
Użytkownicy: 0

Złote półwiecze musicalu - Strona 6

Spis treści
Złote półwiecze musicalu
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Page 7
Wszystkie strony

    Jeśli CHORUS LINE było w pewnym sensie wołaniem o zmiany, to remedium miało nadejść wkrótce ze starego kontynentu. W Europie pod koniec lat 70-tych dojrzała koncepcja, która zaważyła na musicalowej rzeczywistości ostatnich dwóch dekad XX wieku. Na fali globalnych sukcesów quasi oper Andrew Lloyd-Webbera narodził się wielki teatr producencki. Cameron Mackintosh stworzył i dopracował system produkcji teatralnej przypominający rozmachem tworzenie filmu. Skupiając wokół siebie grono profesjonalistów i artystów z najwyższej półki, przygotowywał wielkoformatowe spektakle, by z kolei te z nich, które odniosły sukces opatrywać drobiazgowymi, wielosetstronicowymi licencjami, zapewniającymi identyczność kolejnych wystawień pod każdą szerokością geograficzną. Oczywiście w wielu przypadkach była to podstawa do negocjacji, prowadzących do większych lub mniejszych ustępstw. Z pozoru takie praktyki wyglądają dziwacznie, lub nawet podejrzanie. Jednak gdy rzecz dotyczy  najwybitniejszych tytułów ze stajni sir Camerona, trzeba pamiętać, że są to spektakle tworzone przez zespoły najlepszych fachowców w swoich dziedzinach i dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. W efekcie wszystkie elementy, a więc muzyka, tekst, reżyseria, choreografia, scenografia, efekty specjalne składają się na dynamiczne, zegarmistrzowsko precyzyjne widowisko. Zaburzenie jednego z czynników w inscenizacji nie będącej repliką może przynieść efekt żałosny. Takie motywy kierują  sir Cameronem Mackintoshem, oczywiście prócz czysto merkantylnych.
Najciekawszym  musicalem wyprodukowanym według wyłożonych wyżej zasad jest LES MISERABLES  Claude-Michel Shonberg’a i Alain Boublil’a. Jak inne tej spółki posiada formę opery i słusznie uważany za arcydzieło, od 1985 roku nie schodząc z afisza na West Endzie i Broadwayu (premiera - 1987r.).
Wcześniej wystawiony w wersji francuskiej w Paryżu odniósł ograniczony sukces. Wkrótce jednak zainteresował się nim Mackintosh i poddał kompleksowej obróbce, w wyniku której powstało  widowisko nowego typu, w którym inscenizacja w zasadzie nie daje się  oddzielić od libretta i muzyki.
Pomimo niewątpliwie korporacyjnego charakteru firmy Camerona Mackintosha, system ten wydał dzieło  monumentalne, o wielkiej wrażliwości społecznej, zachowujące wiele z moralizatorskiej i kathartycznej siły powieści Wiktora Hugo. Warto zauważyć, że musical miał premierę w czasie, gdy Margareth Taetcher zdołała już zdemontować brytyjskie państwo opiekuńcze i na ulicach wielkich miast pojawili się współcześni les miserables.
Tematy socjalne podejmowane w  teatrze muzycznym - hołdującym zdawałoby się innym bożkom – nie były w tym czasie niczym nowym. W roku 1982 Willy Russel, autor  znanych u nas SHIRLEY VALENTINE i EDUKACJI RITY,  doprowadził do wystawienia BLOOD BROTHERS. Musical odwołuje się do archetypowego motywu rozdzielonych braci, z których jeden dorasta w dostatku, a drugi w  biedzie. To w istocie naznaczona piętnem fatalizmu współczesna wersja  tragedii antycznej z chórem w postaci  narratora. Mimo  formy skromnej na tle  londyńskich superprodukcji,  musical  podbił serca widowni i przez ponad dwie dekady utrzymuje się w repertuarze po obu stronach Atlantyku. Do dziś grany jest w londyńskim Phoenix Theater oraz w  wersji objazdowej.
   
Koniec XX wieku przyniósł jeszcze dwa spektakularne musicale nie unikające istotnych w tym czasie pytań. Oba elektryzujące publiczność, choć krańcowo różne.  Pierwszy to grany do dziś i uważany za największy sukces amerykańskiego teatru ostatnich 30 lat - RENT. Drugi,  natchniony nadzieją na przyszłość NOTRE DAME DE PARIS to dzieło frankofonów, Kanadyjczyków i Francuzów.
RENT  Jonathana Larsona z 1996 roku, to  kolejna rock opera (termin jak się okazuje jednak przydatny) skomponowana  na  czteroosobowy zespół multiinstrumentalistów  z librettem będącym uwspółcześnioną LA BOHEME Pucciniego. Opowiada o  nowojorskich młodych artystach żyjących na granicy nędzy  pośród innych  bezdomnych w squatach - postidustrialnych budynkach przeznaczonych do rozbiórki. Na wszystko to cieniem kładzie się widmo AIDS. Bohaterowie musicalu poszukując swoich własnych dróg, walczą o godność jeśli nie życia to przynajmniej śmierci. W stosunku do społeczeństwa żywią jedną już tylko nadzieję, że odczepi się od nich i pozwoli im żyć po swojemu. RENT to w pewnym sensie teatr brutalistów w wersji soft ze wszystkimi tematami obecnymi w tej dramaturgii. To ubrany w konwencję musicalu krzyk wykluczonych – marginesu, który wciąż się powiększa.
Całość zrealizowano oczywiście w systemie replica production, ale choć bardzo sugestywnymi, to skromnymi środkami. Stąd, ten znakomity musical może być zrealizowany prawie na każdej scenie, pod warunkiem nabycia stosownych praw, co nie jest już proste, bowiem właściciele  tytułu ponadprzeciętnie wysoko stawiają poprzeczkę wykonawcom.
NOTRE DAME DE PARIS z 1998 roku to również musical  w całości śpiewany i również dostępny dla innych teatrów tylko w dokładnym odtworzeniu oryginału. Luck Plamondon i Richard Cocciante  napisali go na podstawie książki Hugo. Jednak zarówno na poziomie języka, jak i scenografii i kostiumów, ich wersja pasuje do teatralnej opowieści,  tak o średniowieczu, jak i o współczesności. Całkowicie nowoczesne są natomiast porywająca muzyka Cocciante oraz rozmach inscenizacji inspirowanej estetyką teledysku.
Co do przesłania, to w odróżnieniu od zaprawionego dekadencją RENT, późniejszy o dwa lata NOTRE DAME DE PARIS, jest już wyznaniem wiary w sens walki o zmiany współczesnego porządku świata, bo symbolizowana tu przez ścianę katedry Notre Dame, twierdza euro-zachodniego egoizmu jest - jak zdają się sugerować autorzy - do zdobycia. Powieść Hugo opisująca czasy średniowiecznego przesilenia doskonale adaptuje się  do naszych, też pogubionych czasów. I chyba nie jest przesadnym stwierdzenie, że musical Plamondona i Cocciante antycypuje  wydarzenia w Seattle (1999 r.) i Genui (2001). Ustami poety Gringoirere’a ogłasza kres epoki  dwudziestowiecznych „katedr z żelaza i szkła” i ich „strzelistych wież” oraz zapowiada wejście na scenę XXI wieku alterglobalizmu.


Zaloguj się, aby skomentować ten artykuł.