Reklama

Sonda

Jak oceniasz obecną sytuację w polskiej kulturze, patrząc na nią jako widz?








Wyniki

Ostatnio zalogowani

tancerz
kompozytor, instrumentalista
aktor, tancerz, aranżer
aktor, lektor, wokalista
aktor, wokalista
ARTISTAGE! on Facebook

Aktualnie na stronie

Goście: 39
Użytkownicy: 0

Złote półwiecze musicalu - Strona 4

Spis treści
Złote półwiecze musicalu
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Page 7
Wszystkie strony

Fenomen J.C.S. polegał między innymi  na tym, że podczas gdy Webber usiłował uwznioślić rockendrolla,  Rice w swojej pracy obrał kierunek przeciwny. Miast jak wielu innych autorów napisać kolejną  „apokryficzną” wersję  historii Jezusa, oparł się na ewangelii Św. Mateusza. Innowacja polegała natomiast na zastąpieniu „namaszczonego” języka wzorowanego na znanym z lektury biblii, współczesnym, pełnym kolokwializmów i motywów popkultury. Efekt, który w ten sposób uzyskano oburzał i wzbudzał protesty w U.S.A., ale ukazywał podobieństwo między otoczeniem Jezusa i poszukującymi wartości hipisami. Przekaz był jak kielich goryczy. Rewolucja kontrkulturowa rozmyła się. Dała się kupić, sprzedać, jeszcze raz kupić i tak po wielekroć. Zwyciężył ją system. Potężny, bo jak w  zarządzanej przez Piłata Jerozolimie, tak dziś i jutro, oparty na ludzkich słabościach. Trudno o bardziej gorzkie podsumowanie młodzieżowej rewolty, która głosiła powszechną miłość, a wydała spośród swych szeregów szefów korporacji, tak zwanych rockendrollowych prezesów z przyklejonym uśmiechem Piotrusia Pana zbijających fortuny na eksporcie miejsc pracy do Indonezji.
Wspomniana ponadczasowość J.C.S. odbija się w interesującej prawdzie, że znakomicie wtapia się on w aktualny, współczesny kostium i  taką scenerię. Ostatnie wystawienie rozgrywa się w środowisku, które jest połączeniem partyzantki miejskiej z alterglobalistami. Zaś Herod to przedstawiciel przemysłu rozrywkowego i mediów.  Inne  znane mi sztuki muzyczne zdają się być  na tego rodzaju zabiegi doskonale odporne.
Muzyka Webbera mimo upływu lat brzmi wciąż świeżo i porywa  kolejne generacje, a  udoskonalona tu forma quasi opery  wyznaczyła standardy dla twórców następnych dekad. Trudno bez niej wyobrazić sobie  MISS SAIGON, RENT, czy NOTRE DAME DE PARIS. Jednocześnie, co zastanawiające, po rozstaniu się z Rice’m Webber stworzył wiele partytur skazanych na sukces, spektakularnych i bijących kolejne  rekordy w ilości zagranych przedstawień, jak CATS, czy PHANTOM OF THE OPERA, ale trudno w nich odnaleźć ową pasję i płomień buntu, jakie niósł w sobie J.C.S. Tim Rice pisze do dziś obsługując spory fragment rynku, przy czym najwięcej powodów do dumy przynoszą mu raczej kolejne punkty zdobywane w rozgrywkach polo.
Podążając dalej drogą wytyczoną przez pionierów kontrkultury przystanąć warto przy trzecim istotnym musicalu okresu „burzy i naporu”, ale  już zdecydowanie dekadenckim ROCKY HORROR SHOW. Richard O’Brien  napisał go – jak wieść niesie od początku do końca różową kredką – w duchu campu, zgodnie z którym jeśli się nie da (a wiadomo, że się nie da) zmienić systemu, to należy rozpocząć z nim wyrafinowaną grę. Pozornie przyjąć jego wartości, ale potraktować je ironicznie, delektując się tym, co w nim najbardziej kiczowate i głupie. W sztuce mamy więc dwupłciowych kosmitów przybywających na ziemię pod postaciami znanymi im z  tanich czarno białych filmów grozy i SF masowo produkowanych w latach 50-tych, a w 60 i 70-tych do znudzenia emitowanych przez telewizyjne kanały komercyjne. O’Brien przyjął założenie, że całą wiedzę o życiu na ziemi Obcy czerpią odbierając ziemską TV (co w końcu nie różni ich od ludzi). A skoro taki jest punkt wyjścia, to dalej może być już tylko głupiej, ale o to właśnie chodzi... jak w popularnych mediach, które już  wtedy (choć z pewną nieśmiałością) uwielbiały żywić się sensacją, przemocą i seksem pod wszelkimi postaciami.
Doprawdy nie sposób dziś ocenić, czy rzecz była po prostu  prowokacyjnym wygłupem, czy dziełem wielkiej przenikliwości autora.  Historia teatru zna podobne przypadki jak ten, kiedy żart siedemnastoletniego sztubaka – KRÓL UBU – stał się początkiem teatru absurdu. Dość, że R.H.S. oburzał, zawstydzał, bawił i śmieszył, a w końcu za sprawą  kiczowatego - jak należy - filmu wywołał trwający do dziś kult, ośmieszający kulturę pop, kulturę wysoką, wszechpanoszące się media  i na koniec wszystkie inne kulty włącznie z sobą.
W jednym ze swoich tekstów O’Brien ironizował, że tak naprawdę to zabrał się do pisania musicalu o Evie Peron, ale Webber i Rice - podszywając się pod  myjących  za drobną opłatą okna - zaczaili się na sąsiednim balkonie, wysłyszeli i spisali  całą  gotową już partyturę. Dlatego związany umowami musiał napisać byle co. I to właśnie przyniosło mu sukces.


Zaloguj się, aby skomentować ten artykuł.