Reklama

Sonda

Jak oceniasz obecną sytuację w polskiej kulturze, patrząc na nią jako widz?








Wyniki

Ostatnio zalogowani

tancerz
kompozytor, instrumentalista
aktor, tancerz, aranżer
aktor, lektor, wokalista
aktor, wokalista
ARTISTAGE! on Facebook

Aktualnie na stronie

Goście: 38
Użytkownicy: 0

Złote półwiecze musicalu

Spis treści
Złote półwiecze musicalu
Page 2
Page 3
Page 4
Page 5
Page 6
Page 7
Wszystkie strony
 Na warszawskiej premierze MISS SAIGON światowej sławy producent  nie krył satysfakcji. Chwalił spektakl i realizatorów za dotrzymanie kroku najlepszym realizacjom. Andrzej OzgaPonadto, jego  musicalowe  imperium – Cameron Mackintosh Ltd. zyskało nowego sojusznika:  teatr - przyczółek  do dalszych podbojów serc  publiczności na może wciąż biednym, ale sądząc po końcowych owacjach obiecującym, nowym rynku. W rozmowach kuluarowych pojawiły się więc tematy  przyszłych spektakli, możliwości wybudowania nowego, bądź zaadaptowania istniejącego teatru dla potrzeb wielkich produkcji. Autorzy Alain Boublil i kompozytor Claude-Michel Shonberg nie podzielali owej premierowej euforii, gdyż ich w Warszawie nie było. Gonieni terminami pracowali nad  kolejnym trzecim dziełem dla sir Camerona. Teraz, po znakomitym, choć stonowanym MARTIN GUERRE, postanowili wrócić do tego w czym byli mistrzami i stworzyć kolejny musical spektakularny, biorąc na warsztat WOJNĘ I POKÓJ.  Wśród nas, którzy  przez ostatnie półtora roku  realizując MISS SAIGON poznawaliśmy warsztat obu panów nie było wątpliwości, że  w teatrze muzycznym nikt inny nie miał prawa mierzyć się z Tołstojem i że niebawem przyjdzie nam poznać widowisko niezwykłe, w którym śmiech i łzy współistnieją w proporcjach doskonałych.  Jednym słowem: strzał w dziesiątkę.
    9 miesięcy później  samolot American Airlines  wbił się w  północną wieżę World Trade Center. Tak według niektórych opinii  faktycznie zakończył się wiek XX, a wraz z nim złote półwiecze musicalu. WOJNA I POKÓJ nie została zrealizowana, bo na rynku musicalowym zapanowała stagnacja. Wielotysięczne widownie zaświeciły pustką. Wydawało się, że to stan przejściowy, że wkrótce ludzie otrząsną się z lęku i staną w kolejkach po  bilety, tak jak powrócili do hipermarketów, by robić  zakupy, do czego w dramatycznym przemówieniu, z  właściwą sobie  prostodusznością  namawiał prezydent Bush Jr.. Kryzys okazał się  jednak głębszym  niż początkowo sądzono.
    Najbardziej zrozumiałym skutkiem aktów terroru było załamanie się  turystyki teatralnej w poważnym stopniu zasilającej  kasy teatrów grających  najbardziej spektakularne i najdroższe widowiska. Kto wyłożył już pieniądze na samolot i hotel łatwiej mógł przełknąć sumę 30.- 50 funtów za bilet na CATS, niż  rodowity londyńczyk. Jednak w nowej sytuacji lot samolotem jawił się jako zbyt duże ryzyko, by podejmować je dla - niczego nie ujmując Kotom – rozrywki. Przy okazji sprawdziło się to, co przewidziano jakiś czas temu: licytując się w coraz to nowych, zapierających dech efektach scenicznych najzwyczajniej przeinwestowano. Już wcześniej koszta wielkich musicalowych widowisk nie mogłyby się bilansować, gdyby nie sprzedaż koszulek, kubków, długopisów z  logo spektaklu i innych gadżetów, które  teatralnym turystom zastąpiły tradycyjne wyroby pamiątkarskie „z nad morza”, czy „z gór”.  Oczywiście pod bokiem megaprodukcji wyrastały licznie spektakle skromne, tańsze w eksploatacji, lub zgoła kameralne. Jednak i one  korzystały z koniunktury nakręconej przez wielkich. Tymczasem, po 11 września musical, który pod koniec wieku był najbardziej dynamicznym i rozwijającym się gatunkiem teatralnym, zaczął zwijać skrzydła. To co się stało dalej można by  nazywać powrotem do źródeł.., gdyby nie możliwość bycia posądzonym o  cynizm. Tak bowiem, jak u zarania gatunku, obecnie stale pojawiają się całkiem nowe montaże, wiecznie młodych przebojów  połączonych lub nie, lada jaką fabułą, bądź też tylko ciągiem skeczy. Tak z grubsza wygląda musicalowy pomysł na dzisiaj. Niestety, świadczy on nie tylko o stagnacji, ale co gorsza doskonale wpisuje się  w stereotyp pokutujący choćby w naszym kraju, w zgodzie z którym musical to tylko i wyłącznie rozrywka – muzyka lekka, łatwa i przyjemna..., że pozwolę sobie zacytować hasło ukute przez rodzimego znawcę gatunku. Taka jest poza nieliczni wyjątkami teraźniejszość teatru muzycznego. Wciąż, kiedy pada hasło „tworzymy współczesny musical”, myśli mimochodem wędrują na Broadway lub West End, tyle że tam  w gruncie  rzeczy nie dzieje się nic ciekawego.
Na podzwonne dla  musicalu jest jednak moim zdaniem za wcześnie. Ten gatunek musi się odrodzić, bo jego ewolucja nie dobiegła końca. Jest przecież spadkobiercą kolejnych wcieleń europejskiego teatru  muzycznego i tak jak tragedia antyczna, misterium, opera, operetka - ogniwem łańcucha tej samej konwencji, fundamentalnej dla kultury zachodu. Krótko mówiąc, żyjemy dziś w czasach musicalu. Przynajmniej gdy mowa o teatrze popularnym.
W oczekiwaniu na zapowiedziany wyżej musicalowy renesans warto
pamiętać o tych przedstawieniach minionego czasu, które zdają się być najbardziej oryginalne, pozwalające dostrzec nowe horyzonty teatru
muzycznego, a ponadto ustawiające wysoko poprzeczkę przyszłym realizacjom.


Zaloguj się, aby skomentować ten artykuł.